„Wygrane momentalnie uderzyły mi do głowy” [WYWIAD]

Zapraszamy na wywiad z autorem bloga Postaw na siebie. Porozmawiamy m.in. o początkach w hazardzie, pierwszych objawach uzależnienia, dziennikarzach sportowych reklamujących bukmacherów i nie tylko.

Kiedy pojawiły się pierwsze oznaki, że coś złego się dzieje?
Już kilka miesięcy po tym jak zacząłem grać. Wygrane momentalnie uderzyły mi do głowy. Szybki i łatwy zysk tylko rozbudzał mój apetyt. By wygrywać więcej, zwiększałem stawki, więc każda porażka powodowała większe straty. Te jednak mnie nie zniechęcały. Byłem przekonany, że nie tylko się odegram, ale jeszcze wyjdę na plus.

W obstawianiu chyba wbrew pozorom najgorsza jest ta górka, że mamy wrażenie, że jesteśmy nieśmiertelni i cokolwiek postawimy to i tak to wejdzie.

Jest coś takiego. Coś tam wygrałem i zaraz wpadłem w taki świat iluzji, że dopiero w ośrodku leczenia uzależnień (po ponad 10 latach obstawiania) zacząłem zdawać sobie z tego sprawę. Przegrane? Początkowo nie robiły na mnie wrażenia. Miałem już załączony tryb nieśmiertelności. Byłem przekonany, że się odegram. Jedyną niewiadomą było kiedy. Dlatego gdy wpadłem na pomysł, by obstawić pieniądze, które dostałem na opłatę internatu, długo się nie zastanawiałem. Wygrałem, więc w mojej głowie zapaliła się lamka, że można. Miesiąc później znów obstawiłem pieniądze za internat, ale przegrałem. Za miesiąc znów zagrałem i znów przegrałem. Wykaraskałem się z tego, lecz nie wyciągnąłem wniosków, bo niewiele później ponownie wpakowałem się w tarapaty.

W internacie mieszkałem od poniedziałku do piątku, ale na weekendy wracałem do domu. To nie była duża miejscowość. Był w niej jeden niewielki punkt bukmacherski, w którym ja grając za 3 czy 4 cyfrowe stawki uważałem się za najważniejszą osobę.

Opłacalność punktu bardzo często zależy od tego, ile w danym punkcie jest osób, które grają „grubo”.

Śmieszyli mnie ci starsi panowie, którzy godzinami kreślili kupony, które później puszczali za jakieś drobne. Ja grałem za konkretne pieniądze i o konkretne wygrane. Czułem się graczem. Poważnym klientem, a nie jak tamci…

Czułeś się ekskluzywnie.

Bardzo.

Wchodzisz i czujesz szacunek tych osób.

O tak, król życia i okolic. Czułem zazdrość ich wszystkich, a raczej chciałem ją czuć. Byłem łasy na nią. Tak naprawdę nie było pewnie ani szacunku, ani zazdrości. Wszystko to było wytworem mojej chorej głowy.

A propos jeszcze pierwszych oznak, że dzieje się coś złego. Kiedyś wracaliśmy z kolegami z piłki i oni zaproponowali, żebyśmy zaszli do „buka” i obstawili mecze. Ja nie miałem kasy, ale właściciel tego punktu powiedział mi, żebym i tak puścił kupon, a pieniądze za obstawienie oddam mu z wygranej. Zrobiłem tak. Wygrałem i oddałem mu, co trzeba. Później, gdy nie miałem kasy poszedłem do niego, by znów zagrać „na kreskę”. Przegrałem. Potem znowu, znowu i znowu. W kilka tygodni zrobiło się około 10 tysięcy długu. To była kolejna oznaka, że dzieje się coś złego. Przestałem grać, ale gdy kurz opadł, wstałem, otrzepałem się i grałem dalej.

Szybko się wkręciłeś. Bardzo często jest tak, że u osób z którymi się spotykałem to jednak wszystko idzie powoli i delikatnie wchodzą  w świat bukmacherki, później szukają różnych systemów, nie daj Boże progresji, która jest chyba najłatwiejszą drogą, żeby w głowie sobie coś poprzestawiać. Ty jednak wszedłeś w to bardzo szybko.

Błyskawicznie. Po kilku miesiącach grania kolega pokazał mi test „czy jesteś uzależniony”. Do dziś można go znaleźć w sieci. Test sugerował problem przy większości pozytywny odpowiedzi, a ja jedyne czego nie robiłem to nie kradłem. Wynik testu wystraszył mnie, ale tylko na chwilę. Szybko przypomniałem sobie, że trzeba zrobić kupon, bo zaraz gra Liga Mistrzów.

Poza aspektem finansowym i samym sobą, było cos co Cię zmotywowało do podjęcia walki?

W pewnym momencie wszystko się posypało. Straciłem pracę, przegrałem kolejne pieniądze. Nie miałem za co spłacać pożyczek, ani możliwości wzięcia nowych. Skończyły mi się pomysły. Poczułem się całkowicie bezradny. Dotarłem do czwartej (ostatniej) fazy uzależnia od hazardu – fazy utraty nadziei. Według jej definicji zostają wówczas cztery opcje: ucieczka w nowe uzależnienie w celu uzyskania ulgi, więzienie, śmierć (samobójstwo lub z ręki wierzycieli) albo leczenie.

Ty się udałeś na leczenie.

Po prostu nie miałem już siły. Doszedłem do takiego momentu, że stojąc na światłach zastanawiałem się, czy nie wejść na jezdnie, mimo że jest czerwone. Płakałem, bo z jednej strony chciałem w ten sposób ulżyć bliskim, a z drugiej byłem świadomy tego, że ich zranię.

Miałeś wtedy dziewczynę?

Tak, gdy się poznaliśmy byłem już hazardzistą. Ona wielokrotnie czuła, że coś jest nie tak, ale nawet jak coś się dowiedziała, to starałem się to naprostować. Szedłem w zaparte i kłamałem. W tym jesteśmy mistrzami. My osoby uzależnione.

Nawet nie do końca uzależnione, ale zauważyłem, że osoby które grają, bardzo często powiedzą że są na plusie, mimo ze są na grubym minusie. Będą ci wymyślać historie jak wędkarz, jaka wielką rybę złapał – co ja tam nie trafiłem.

Oczywiście, u mnie było tak bardzo długo. W pewnym momencie, będąc zmęczony ciągłymi kłamstwami, pomogłem jednak ujrzeć prawdzie światło dzienne, choć przyczynił się do tego przypadek. Zwykle miałem wyciszony telefon, bo windykacje dobijały się do mnie od rana do wieczora. Tamtego dnia zapomniałem go wyciszyć. Zadzwonili w sprawie jakiegoś długu, ale powiedziałem, że to pomyłka i natychmiast się rozłączyłem. Wystraszyłem się i moja narzeczona to zauważyła. Zapytała, o co chodzi, a już nie miałem siły zmyślać. Oddałem telefon, by oddzwoniła. Później opowiedziałem jej wszystko.

Ona nie była świadoma skali problemu?

Oczywiście, że nie. Za każdym razem, gdy złapała mnie za rękę, zarzekałem się, że „to nie moja ręka”. Gdy powiedziałem jej o wszystkim, zwróciła się do naszego znajomego, który też jest hazardzistą, ale przeszedł leczenie w ośrodku i nie gra. On uświadomił jej skale problemu. Uświadomił jej, że muszę iść się leczyć.

No tak, bo może nie wszyscy wiedzą, ale warto powiedzieć, że nałogu się nie da wyleczyć. Alkoholik cale życie będzie alkoholikiem, co najwyżej może być niepijącym. Tak samo jest z grającymi.

Tak. Ten nasz znajomy bardzo stanowczo zareagował. Powiedział jej, że ma nie wierzyć w żadne moje słowo i jeśli chcę żyć dalej, to muszę iść się leczyć. Później była szybka akcja. Trzeba było powiedzieć rodzicom i zaraz jechałem na leczenie.

Ile czasu spędziłeś w ośrodku?

8 tygodni.

Wcześniej próbowałeś terapii na miejscu?

Tak, pierwsze terapie odbywałem niedługo po tym jak zacząłem grać. Trafiałem na nie po kolejnych wpadkach, ale szybko je przerywałem i prędzej czy później wracałem do gry.

Jak zaczynałeś grać to miałeś 18 lat?

Dwa lata teraz już nie gram, wiec jak zaczynałem grać to miałem 16-17 lat.

Teraz wracamy do problemu, że niepełnoletnie osoby mogą łatwo postawić i się wkręcić.

Oczywiście, nie miałem najmniejszych problemów z obstawianiem. Moje stawki były na tyle atrakcyjne, że przyjmowali moje kupony. Jak przyszedł inny „łepek” w moim wieku, ale grał za mniejsze kwoty, to czasami go pogonili, ale jak chwilę poczekał, to inny klient mu obstawił. Nie było żadnych problemów z tym, by grać.

Internetowo tez grałeś czy tylko stacjonarnie?

Później. Długo broniłem się przed grą online, bo byłem świadomy, że wtedy już całkiem stracę kontrolę. Nawet w luźnych gadkach ze znajomymi na temat obstawiania, gdy zachęcali mnie bym zalogował się do sieci, odmawiałem tłumacząc, że nie mogę, bo wtedy popłynę. W  końcu uległem. Na początku też wygrywałem, ale później oczywiście popłynąłem. Pod koniec byłem tak zafiksowany, że obstawiałem jakieś totalnie egzotyczne ligi. Nie wiedziałem nawet w jakim kraju odbywają się dane mecze, a ładowałem w nie po kilka tysięcy. Wszystko dlatego, że w sobotę wtopiłem. Zwykle czekałbym z kolejnym kuponem do niedzieli, lecz w tamtym momencie już nie potrafiłem czekać. Musiałem się odegrać. Natychmiast!
Wiązałeś sobie pętlę.

Nie byłem tego świadomy, poważnie. Racjonalne myślenie tu nie działa. Tu mózg się wyłącza. Ogarnia je uzależnienie. Przejmuje kontrole i m.in. tak to się objawia.

Może porozmawiajmy trochę o pobycie w ośrodku. Pamiętam, jak kiedyś ktoś z pracowników STS wrzucił na twittera zdjęcie hotelu z mistrzostw polski typerów. Ty skomentowałeś i wrzuciłeś zdjęcie pokoju z ośrodka.

Tam celem była zabawa i luksus, a tu ratowanie życia. Chciałem pokazać niektórym, że próba znalezienia się w tym pierwszym miejscu może skutkować znalezieniem się w tym drugim.

Co odegrało największa role? Aspekt finansowy czy emocje?

Pieniądze z bukmacherki pomagały mi budować poczucie własnej wartości, które wcześniej było bardzo niskie. Gdy byłem w podstawówce i w gimnazjum trenowałem taniec towarzyski. Treningi zajmowały mi sporo czasu, więc nie miałem czasu na latanie po podwórku. W efekcie nie miałem wielu kolegów, w dodatku niektórzy dokuczali mi przez to, że tańczę. Gdy poszedłem do liceum już nie tańczyłem. Miałem więcej czasu na życie towarzyskie. Pojawił się hazard, więc pojawiły się i pieniądze na takie życie. Oczywiście na krótko, ale wystarczający, by zbudować sobie odpowiedni fejm. Leciałem na nim przez kolejne lata, nawet gdy bukmacherka kopała mnie po dupie. Ukrywałem to, bo dzięki niej miałem to, czego nie miałem w podstawówce i gimnazjum. Jasne, to były sztuczne, ale tak bardzo tego pragnąłem, że kto by wówczas o tym myślał.
Później szukałeś czegoś co mogło Cię oderwać? Wróciłeś do pasji?

Krótko przed ośrodkiem zacząłem ćwiczyć, a później ćwiczyłem także w ośrodku. Były hantle, bieżnia. Treningi siłowe rzeczywiście robiły robotę.  

Blog był forma terapii, ekspresji, czy chciałeś pomóc innym podobnym do ciebie?

Jak zakładałem bloga byłem świeżo po pobycie w ośrodku. Denerwowało mnie to, że kolejni dziennikarze sportowi na Twitterze zachęcali do grania, a nikt nie mówi czym to grozi.  Tymczasem ja właśnie z powodu grania chwilę wcześniej wyszedłem z zamkniętego ośrodka leczenia uzależnień, w którym spędziłem 8 tygodni, w tym święta Bożego Narodzenia i Sylwester.

Założyłem tego bloga, by to zmienić. By pokazać czym to grozi na podstawie mojej historii. Od pierwszego kuponu, przez pobyt w ośrodku, po nowe życie. Założyłem go z nadzieją, że komuś pomogę, a szybko okazało się, że blog zaczął pomagać i mi. Stał się terapią, a właściwie jej uzupełnieniem.

Obecnie znacznie rzadziej piszę tam o samym hazardzie, bo jestem w nieco innym miejscu niż byłem. Sporo tekstów poświęcam radzeniu sobie z emocjami i trudnościami, które wciąż napotykam. Piszę o rzeczach, które są dla mnie ważne w nowym życiu, bez hazardu. Bo choć nie gram ponad dwa lata, to wciąż tego nowego życia się uczę.

Ktoś się Ciebie zapytał, czy przez blog nie jest tak, że nie możesz zapomnieć o tym

Nigdy nie zapomnę. Być może ten ktoś miał na myśli to, by tego wszystkiego ciągle nie rozdrapywać? Ja opisując swoją hazardową historię miałem potrzebę pochylenia się nad nią raz jeszcze. Nie było to łatwe, bo zdarzało się, że płakałem nad klawiaturą, ale ostatecznie okazało się to potrzebne.

Teraz pojawiło się tam wiele tekstów m.in. o motywacji

O motywacji, o emocjach i radzeniu sobie z nimi, o codziennych trudnościach, o nowych wartościach… W pewnym momencie terapii uświadomiłem sobie,  że pieniądze to nie był największy problem. Hazard najbardziej zniszczył mi głowę, czego do dziś ponoszę konsekwencje. Niedawno miałem taki zjazd emocjonalny, że nie dawałem rady. Czułem strach i lęk, a nie potrafiłem go zdiagnozować. Byłem wręcz roztrzęsiony, nie mogłem spać, mimo że wszystko było ok. Przerażało mnie to, a moja chora głowa podbijała to jeszcze budując wokół wszystkich historii dramatyczną otoczkę.

Rozmawiałeś ze swoim terapeutą, czy wynika to z hazardu czy z innych wydarzeń z przeszłości?

Oczywiście, na mojego terapeutę zawsze mogę liczyć, więc i tym razem zdołał mnie ogarnąć. Te moje problemy wynikają z hazardu i tego jak na mnie wpłynął. Będąc w czynnym uzależnieniu funkcjonowałem po skrajnościach emocjonalnych. Był dół i myśli samobójcze, a po chwili się z podnosiłem, odlatywałem w kosmos i czułem się jak Bruce Wszechmogący. Obecnie staram się to wszystko wypośrodkować. Pracuję nad tym, by trudności nie rozwalały mnie na maksa, a sukcesy nie powodowały odlotów.  Poszukuję równowagi i osiągnięciu jej służą ostatnie wpisy. Przy okazji dostaję coraz więcej wiadomości, że mój blog służy nie tylko hazardzistom i ich bliskim, ale także ludziom, którzy z obstawianiem meczów nigdy nie mieli nic wspólnego. To, o czym tam piszę pozwala im spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Nabrać dystansu do codziennych trudności, pracy i innych obowiązków oraz przypomina o wartościach w jakich zostali wychowali, a o których przez pościg za pieniędzmi czasami zapominają. Cieszę się, że blog pomaga w jakiś sposób także im.

Zgłaszał się ktoś z prośba pomocy?

Tak i jest to dla mnie trudne, bo choć chciałbym pomóc, to tak naprawdę nie mogę zrobić tego w innych sposób niż mówienie jak to było u mnie. Robię to za pośrednictwem bloga, na którym opisuję swoją historię, z której każdy może coś wziąć dla siebie. W ten sposób blog pozwala dostrzec skalę problemu jakim jest uzależnienie od hazardu. Zobaczyć jak wygląda rozwój tej choroby, jej mechanizmy, później leczenie i konsekwencje, czyli to jak wpływa na życie.

Jeżeli po lekturze tego bloga ktoś zatrzyma się, zastanowi nad swoim życiem i postanowi coś zmienić – super, ale na tym moja pomoc się kończy. I nie chodzi o to, że nie chcę jej więcej dawać. Staram się odpisywać na wszystkie wiadomości i pomagać jak tylko mogę. Ale ja nie mogę powiedzieć ludziom tego, co i jak mają robić. Odpowiadam na ich pytania w oparciu o własne doświadczenia, bo tyle mogę zrobić. Pomocy należy jednak szukać u specjalistów, a ja nie jestem terapeutą, dlatego na końcu do nich kieruję.

Nie sadzisz ze firmy bukmacherskie ze firmy powinny być bardziej odpowiedzialne? W UK dużo się o tym mówi, a u nas robi się tak ze te zakładki pomoc są gdzieś ukryte głęboko. Nie masz do nich żalu?

Mam mieszanie uczucia. Czy mam żal? Nie, żal to złe słowo. Sam podjąłem decyzję, o tym, że zagrałem. Nikt mnie nie zmuszał. Szybko się uzależniłem, a moja chora głowa tylko mnie napędzała. Cokolwiek bukmacher by nie robił, w tamtym czasie trudno byłoby mnie zatrzymać.

Ale nawet jakby jedna osoba na sto była uratowana to miałoby to sens.

Na pewno. Na papierosach jest napisane, że palenie zabija. Na butelkach z alkoholem jest informacja, że alkohol szkodzi zdrowiu. Hazard także szkodzi zdrowiu, a wręcz zabija. Niestety, gdy puszczałem pierwsze kupony nie byłem tego świadomy. Czy bukmacher informuje o tym, że zakłady to hazard i czym grozi uzależnienie od niego?

Nie, ale można by ustawowo wymagać by np. na kuponach umieszczać ostrzeżenia.

Na przykład. Gdy miałem pierwsze problemy przez obstawianie długo tłumaczyłem sobie, że to nie jest hazard. Że hazardziści są w kasynach. Czy taki napis by coś zmienił? Wiele osób pewnie to podważy. Ale tu chodzi o uświadomienie graczy. Tak jak w przypadku papierosów. Moim zdaniem firmy bukmacherskie powinny to robić w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu.

Rozmawiałem o tym z kilkoma osobami i najczęściej słyszałem coś w stylu: „Zwariowałeś, nikt na to nie pójdzie. Żadna firma bukmacherska nie poruszy tematu uzależnienia, bo uzna to za strzał w stopę”. Moim zdaniem byłoby to na tyle innowacyjne, że wszyscy by o tej firmie mówili, więc trudno o lepszą reklamę. Byłby to gigantyczny przykład społecznej odpowiedzialności  biznesu i ocieplenie wizerunku firmy.

Są osoby, które postawią sobie 2 zł na weekend, ale są też tacy, którym zniszczy to życie.

Tak i pewnie wiele osób twierdzi (być może słusznie, nie wiem), że większość osób traktuje obstawianie meczów jako zabawę. Ja tego nie podważam. Dla mnie też na początku była to zabawa. Chodzi o to, by ludzie mieli świadomość, że ta zabawa może być niebezpieczna. Że może stać się uzależnieniem, które może przewrócić ich życie do góry nogami. Że może zabić.

Rozmawiałem kiedyś z jednym terapeutą i powiedział mi, że hazard jest najgorszy z uzależnień.

Dla każdego to jego uzależnienie jest najgorsze. Nie ma znaczenia, czy jest to hazard, alkohol, narkotyki, leki, czy jeszcze coś innego. Te uzależnienia różnią się od siebie tylko substancjami. Rządzą nami te same mechanizmy, stosujemy te same sztuczki, w ten sam sposób tłumaczymy nasze postępowanie, w ten sam sposób krzywdzimy siebie i naszych bliskich.

Jak człowiek pomyśli sobie o takich osobach jak Ty, to czy biznes hazardowy da się prowadzić etycznie?

Idąc tym tropem źle mogłyby się poczuć osoby produkujące samochody, bo przecież ludzie giną w wypadkach. Uważam ze bukmacherzy nie powinni leżeć krzyżem za to, co dzieje się z osobami uzależnionymi. Z drugiej strony każdy kierowca wie czym grozi jazda ze zbyt dużą prędkością czy pod wpływem alkoholu. Niestety, nie wszystkie osoby, które obstawiają zakłady bukmacherskie wiedzą czym uzależnienie od hazardu.
Teraz jeszcze się leczysz?
Tak, korzystam z terapii indywidualnych. I to nie chodzi o to, że ciągnie mnie do grania. Pracuję cały czas nad sferą psychiczną, bo tu hazard zrobił mi największą krzywdę. Nie w portfelu, a właśnie w głowie.

Co chciałbyś powiedzieć na koniec graczom? Przestrzec ich?

Ja nie zamierzam zabraniać nikomu grania. Chcesz, to graj. Pewnie są osoby, które grają i nie są uzależnione. Ja pokazuję czym to grozi. Można stracić nie tylko pieniądze, ale i rodzinę, zdrowie, a nawet życie. Czym zatem warto ryzykować?

Zapraszamy na bloga naszego rozmówcy: http://postawnasiebie.org

Rozmawiał Maciej Akimow

Szukasz do nas kontaktu? Napisz na – kontakt@interplay.pl

 

udostępnij na facebooku
udostępnij na twitterze
Maciej Akimow 07.12.2018
    ]